fbpx

Obóz terapeutyczny ESPERI oczami stażysty

Ula Zalewska
Obóz terapeutyczny

Czy można podczas pierwszych godzin trwania obozu dla dzieci z wyzwaniami, myśleć o ucieczce, by na sam koniec, rozklejać się ze wzruszenia podczas pożegnania z chłopcem,
którego cieniem było się przez 7 dni? Tak.

Czy można żyć w przeświadczeniu, że nie umie się pracować z dziećmi, bo to za trudne i nigdy nie wychodziło, by po 7 dniach ciężkiej pracy, stwierdzić jednak, że to wszystko jest w
zasięgu ręki i widzieć postępy? Tak!

Czy można, podczas 7 dni dowiedzieć się o sobie takich cech, w które wcześniej się nie wierzyło? Znów muszę przyznać, że tak, ale zacznijmy od początku.

W czerwcu 2018 roku natknęłam się na ogłoszenie. Dowiedziałam się, że Centrum Wspierania Rozwoju Esperi poszukuje osób, które chciałyby odbyć staż podczas tygodniowego obozu
terapeutycznego dla dzieci, będąc tzw. asystentem-cieniem wybranego dziecka. Na obozie będą dzieci m.in. z autyzmem, zespołem Aspergera, niepełnosprawnością intelektualną, ADHD.

Co to znaczy być cieniem dziecka? To znaczy być z nim cały czas, towarzyszyć mu, pilnować, pomagać, po prostu być. Tak właśnie pomyślałam, gdy zobaczyłam ogłoszenie. Tak sobie to wyobrażałam i po części miałam rację. Nie wiedziałam jednak, jak bardzo wymagające i trudne okaże się to zajęcie.

Przed wyjazdem odbyło się spotkanie kadry. Poznałam osoby pracujące w Esperi na co dzień. Poznałam innych stażystów. Na spotkaniu omawialiśmy metody pracy z dziećmi, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, jak wspierać dzieci podczas przeżywania przez nie trudnych emocji. Było dużo do przegadania, a ja z każdą mijającą minutą zdawałam sobie sprawę z tego, jak naprawdę wymagający może okazać się ten wyjazd. Wiedziałam, że dam z siebie jak najwięcej, że zrobię, ile tylko będę mogła, że chce się nauczyć czegoś nowego, ale czy to wystarczy? Nie mogłam pochwalić się wiedzą (poza tą zdobytą na studiach pedagogicznych) ani tym bardziej, choć minimalnym doświadczeniem w pracy z dziećmi z wyzwaniami. Jednak pomimo lęku przed nieznanym, chciałam spróbować.

W dzień wyjazdu przeżywałam ogromny stres. O moim podopiecznym, którego miałam być cieniem, wiedziałam jedynie, że jest 9-letnim chłopcem z autyzmem. Miałam szczątkowe informacje o tym, czym się interesuje, czego się boi oraz krótką charakterystykę chłopca, napisaną przez jednego z rodziców.

Pierwsze spotkanie zapamiętam na długo. Nie zapomnę również podróży pociągiem, podczas której towarzyszył mi ogrom zwątpienia zmieszanego ze złością i rozgoryczeniem, ze
względu na trudne, od samego początku próby nawiązania kontaktu z dzieckiem mi przydzielonym. Naprawdę nigdy nie spodziewałabym się, że owa znajomość rozpocznie się od oplucia i wyzwania mnie od najgorszych (łagodnie ujmując). Było naprawdę trudno. Pojawił się szok i złość, jednak pomimo trudnych emocji wiedziałam, że moja reakcja musi być ponad tym, co wtedy czułam. Wiedziałam, że nie mogę na agresję odpowiadać agresją, ale nie wiedziałam, co dokładnie zrobić. W tamtej chwili potrzebowałam pomocy, dlatego szybko złapałam za rękaw jedną z osób z kadry i zapytałam błagalnie "Co mam robić?". Otrzymałam natychmiastową pomoc nie tylko w postaci praktycznych rad. Zaczynałam rozumieć, że mogę czuć to, co czuję w tej trudnej sytuacji. Po pewnym czasie (jeszcze w pociągu) zrozumiałam, że cały wyjazd, jest przede wszystkim nowy i trudny dla mojego podopiecznego, dlatego próbował w taki, a nie inny sposób poradzić sobie z doświadczanym napięciem. Pojawiło się więcej zrozumienia, a co za tym idzie, empatii.

Każdy dzień obozu był oddzielnym wyzwaniem. Tam nie ma czasu na „chwilę dla siebie”. Nie ma przestrzeni na oddzwonienie do koleżanki, napisanie SMS-a, lub spokojne wypicie ciepłej herbaty (często nawet nie ma czasu na już zimną herbatę). Moim podstawowym zadaniem było asystować mojemu podopiecznemu, ale nie znaczy to, że nie miałam zwracać uwagi na inne dzieci. Przy 40 dzieciakach, każda para oczu jest na wagę złota. Każde z nich ma inne potrzeby, inaczej reaguje, przeżywają różne emocje, dlatego dość szybko musiałam załapać, że jeśli widzę sytuację wymagającą reakcji dorosłego, to po prostu reaguję.

Przez cały obóz, gdy stykałam się z różnymi sytuacjami, gdy czułam, że to ponad moje siły, ktoś zawsze mi pomógł. Ktoś bardziej doświadczony ode mnie przejmował stery, a ja mogłam na własne oczy zobaczyć zupełnie dla mnie nowy sposób pracy i powoli zdobywać doświadczenie. Już wtedy czułam, że to coś, czego bardzo brakowało mi podczas praktyk na studiach (studiowałam pedagogikę). Przez cały czas trwania obozu miałam mnóstwo okazji, aby obserwować pracę osób, które po pierwsze: uwielbiają pracować z dziećmi a po drugie: mają ogromne doświadczenie. Mogłam patrzeć, dopytywać, by następnie sama wypróbować coś samodzielnie. Z potknięciami, porażkami mniejszymi i większymi, ale z każdym dniem było coraz lepiej. Naprawdę to widziałam, co sprawiało, że zamiast myśleć "Co ja tu robię?", zaczynałam myśleć: "Ale fajnie, że tu jestem!"

Każdego dnia, pomimo zmęczenia, trzeba było dać z siebie 200%, co pomogło mi zrozumieć, że mam w sobie więcej pokładów energii, niż myślałam. Żyłam w przekonaniu, że absolutnie nie nadaję się do pracy z dziećmi z wyzwaniami, skoro podczas praktyk w zwykłej podstawówce nie mogłam sobie poradzić. Okazało się, że jest inaczej. Można być zmęczonym. Może być trudno. Można mieć wątpliwości i nie znać odpowiedzi na wiele pytań, ale dzięki wsparciu osób doświadczonych, to wszystko było do przeskoczenia. Czułam się zrozumiana. Zaakceptowano moje zwątpienie i poczucie bezsilności oraz chwalono mnie za postępy. To naprawdę pomagało. Motywowały postępy moje, jak i dzieciaków. Wszyscy tam się uczyliśmy.

Jeszcze przed wyjazdem słyszałam od kadry, że pomimo iż obóz jest wymagający, to postępy, które robią dzieciaki, wynagradzają wszystko. Pomyślałam, że pewnie tak jest, ale sama również się o tym przekonałam, gdy zobaczyłam jak mój podopieczny, pomimo doświadczanych trudności stawał się coraz bardziej samodzielny. Rosło mi serce, widząc jego coraz śmielsze próby nawiązywania kontaktu z innymi dziećmi oraz stosowanie się do ogólnych zasad zachowywania się.

Obóz to prawdziwa szkoła życia i praktyka, której mi brakowało. Już od pierwszych chwil uczyłam się, na czym polega praca z dzieckiem z autyzmem. Na każdym kroku zdobywałam wiedzę i doświadczenie. Uczyłam się jak rozmawiać, na co zwracać uwagę i jak organizować przestrzeń, w której ono będzie czuło się bezpiecznie i swobodnie. W ciągu kilku dni zbudowałam z 9-letnim chłopcem relację, jakiej nigdy się nie spodziewałam, biorąc pod uwagę opisane już zdarzenie w pociągu. Nie sądziłam, że będę mieć łzy w oczach, gdy okazało się, że jego rodzina zabiera go z obozu dzień wcześniej i, że czas się pożegnać.

Jestem bardzo wdzięczna za doświadczenie, które pozwoliło mi skonfrontować się z własnymi słabościami, jednocześnie, wydobywając mocne strony, w które zaczynałam już wątpić.